#22. Scholandia, pieprzona Scholandia
Lata 40-te ubiegłego wieku. Ernest van Liberi, świeżo upieczony sarmacki dyplomata bez koneksji w „wielkim świecie”, ale ze znanym nazwiskiem, opuszcza mury słynnej szkoły dla dyplomatów przy grodziskim pałacu, aby udać się na swoją pierwszą misję do Scholopolis. Nie chcąc marnować czasu, w Scholandii przystępuje od razu do pracy – wita się na forum i od razu prezentuje listy uwierzytelniające monarsze oraz całemu społeczeństwu. Efekt? Natychmiastowy rozkaz powrotu do Grodziska. Na lotnisku na dokładkę dostaje list informujący o nadaniu mu statusu
persona non grata, który zostanie uchylony dopiero wiele dekad później, gdy van Liberi zostanie Kanclerzem Księstwa Sarmacji.
W 2013 roku Aki Abe von Akihito-Liberi, niespokrewniony z van Liberim, wybiera się na swoją misję dyplomatyczną do Sułtanatu Al Rajn. Cieplejszy klimat nie przyczynił się jednak do cieplejszego powitania, bowiem dyplomata w swojej
pierwszej korespondencji z Al Many napisał, że „bardziej zasyfionego forum nie widział” i każdemu narzekającemu na aktywność w Sarmacji zalecił wycieczkę do Al Rajnu. Reakcja Sułtana? Przewidywalna.
„Z listem uwierzytelniającym proszę się nie fatygować. Moja decyzja jest negatywna. Podjąłem decyzję o przyznaniu panu statusu persona non grata i natychmiastowej deportacji z terytorium Federacji Al Rajn.”
W 2014 roku Księstwo Sarmacji oficjalnie obwieszcza zamiar zatknięcia flagi sarmackiej na Awarze, otwierając na nowo wieloletni spór o właścicielstwo wyspy na Morzu Sarmackim. Sypią się noty dyplomatyczne z całego mikroświata, wyrażające konsternację. Siergiusz Asketil, Minister Spraw Zagranicznych, w odpowiedzi przesyła wymowną notę przedstawiającą osobę wypinającą pośladek.
Mikronacyjna dyplomacja nie jest łatwym kawałkiem chleba, szczególnie, jeśli postrzega się protokół dyplomatyczny jako rzecz opcjonalną. To nie tylko odsłanianie obrazów, fundowanie pomników i dobra zabawa na balach. To także deportacje, statusy
persona non grata, prowadzenie sporów o kwestie, których szczegóły pamiętają tylko najstarsi mikronauci... W filmie „Scholandia, pieprzona Scholandia”, którego narratorem jest prawie 80-letni już Erwin van Liberi, obserwujemy rozwój kariery wielu sarmackich dyplomatów na przestrzeni lat. Chociaż reżyser nie uniknął sarmatocentryzmu charakterystycznego dla filmów prowadzących narrację z perspektywy Grodziska, ten dokument wciąż pozostaje nie tylko cennym źródłem wiedzy historycznej, ale przede wszystkim znakomitym poradnikiem dla dyplomatów z całego mikroświata. Dlaczego listy uwierzytelniające przesyła się najpierw służbom zagranicznym państwa, do którego przybywamy, a nie publikuje na forum? Czy w przypadku krytyki naszego państwa na forum kraju, który nas gości, nota dyplomatyczna jest najbardziej odpowiednim rozwiązaniem? Dlaczego zamknięcie ambasady scholandzkiej w Ekorre powinno poskutkować zamknięciem ambasady Dreamlandu w Scholopolis? Na te i inne pytania padają odpowiedzi właśnie w tym filmie.
Na początku widz nieobeznany z zasadami dyplomacji może przecierać oczy ze zdziwienia razem z bohaterem, który w locie powrotnym do Grodziska mamrocze pod nosem „Scholandia, pieprzona Scholandia”. W finałowej scenie, gdy polski monarcha wydala niemieckiego księcia, który okazał się być kolejnym klonem Michała Jerzego Potockiego, wszystko jest już jasne. Stosowanie zasad protokołu dyplomatycznego przede wszystkim pomaga, nie szkodzi.