Do końca zbliża się ostatni tydzień listopada, a to oznacza coraz poważniejsze przygotowania ze strony Gwardii na nadciągający rajd. Nowobrzeska żandarmeria ciężko pracowała, szykując stolicę na przyjęcie fali zagranicznych turystów i rajdowców, a zwłaszcza z ów krajów, które były na celowniku służb. Jednymi z funkcjonariuszy, których oddelegowano do przeglądu trasy Nowy Brzeg - Brzozopola Chmielne czyli tej, która jest "reprezentatywna" w tej edycji jako prowadząca do startu, byli Jaque Fonte de Gradiente oraz Spychalski. Ich zadanie było proste - sprawdzić czy powierzchnia jest nadająca się do przejazdu pojazdów i czy poprawnie ją oznakowano.

Zadanie to z pozoru wydawało się proste zlecającemu je dyżurnemu. de Gradiente jednak nie należał do żandarmów, których służba przebiega spokojnie. Krótko po minięciu miejskich rogatek Rencisto, którym kierował zaczął wydawać dziwne dźwięki spod maski. Jaque jako były praktykant w edelweisskich warsztatach z pewnością siebie zatrzymał radiowóz i wysiadł by spojrzeć, co jest nie tak. Otworzył klapę silnika i zaczął z uwagą przyglądać się wnętrzu. Jakie było jego zdziwienie, gdy odkrył, że patrzy się na koło zapasowe i klucze do jego zmiany. Z miną, która miała sprawiać wrażenie, że wie co robi, zamknął, jak się okazuje bagażnik.
- Wszystko w porządku szefie? - Spychalski dogryzając chałkę z masłem i cukrem, zapytał przechodzącego obok jego drzwi de Gradiente.
- W jak najwyższym, sprawdzałem czy mamy wszystkie klucze w razie czego. - z kamienną miną podszedł do prawidłowej klapy silnika. Podniósł i szybko zaczął przypominać Sambańczyka. Czarny dym buchnął w jego twarz, a zapach spalenizny doszedł do Spychalskiego, który spojrzał przez lusterko do tyłu. Gdy zobaczył nieznajomą postać przy braku de Gradiente, wyskoczył, a raczej próbował szybko wysiąść z radiowozu.
- Stać! Żandarmeria! Ręce do góry! - wygrzebując się z fotela krzyczał, machając pistoletem w górze. Okruszki chałki spadały z jego koszuli, gdy w pocie czoła wysiadał z pojazdu. Krzycząc i celując w nieznajomego powoli podszedł do tyłu.
- Opuść ten pistolet Spychalski i podaj mi ścierkę! - zniecierpliwiony Jaque spiorunował wzrokiem podwładnego. Ten rozszerzył oczy i zaczął dukać.
- To to to szef jest Sambańczykiem?
Dźwięk plasku otwartej dłoni, która uderzyła w czoło starszego z żandarmów, rozniósł się po ulicy.
- Spychalski półgłówku to dym... - wyrwał ścierkę i zaczął wycierać twarz, która po chwili wróciła do pierwotnych kolorów. Zaczął grzebać w silniku i długo nie trzeba było czekać by nagle zamiast dymu buchnął ogień. Widać w tym było wprawę i umiejętności wyniesione z edelweisskich praktyk.
- Oj to niedobra jest...
Drugi z żandarmów widząc ogień, pobiegł po gaśnicę do bagażnika i zaczął gasić ogień. de Gradiente stanął przed wyborem by wrócić na piechotę do komendy lub kontynuować zadanie. Rencisto niestety miał tylko jeden motor na tylnej klapie. Przypomniał sobie jednak, że u pasa wisi mu lizak. Zamknął więc silnik i stanął przy boku ulicy. Na horyzoncie pojawił się sportowy samochód, który ku zadowoleniu Jaque'a jechał o kilometr za szybko. Zamachał lizakiem i po chwili już konfiskował "wyścigówkę".
- Kolega Pana odwiezie do miasta. To będą dwie owce albo kluczyki do auta. - z uśmiechem na twarzy wskazał Spychalskiego, który już zajął w większości miejsce na motorze. Został tam jedynie mały skraweczek siedzenia. Po kilku mamrotach pod nosem, w dłoni de Gradiente znalazły się kluczyki.
- Spychalski, możecie jechać do miasta. Weźcie ze sobą Dobrego Pana.
Podwładny zasalutował i zaprosił krzywym uśmiechem na tyły. Jaque usiadł za kierownicą i ruszył w stronę chmielnej dzierżawy. Nie minęło nawet półgodziny, gdy po chwilach uniesienia, które towarzyszyły żandarmowi, coś strzeliło w lewym nadkole i nim się zorientował, de Gradiente stał samochodem w krzakach...