podzielił się na Discordzie swoją niedokończoną relacją z tego zjazdu, ale nie chce jej tutaj wrzucić. To ja wrzucę, może chłopaka ośmielimy do dokończenia ;)
Obywatele, obywatelki... Nie mamy obywatelek...
Obywatele! i zjazdowicze! a w szczególności ci, których na zjeździe nie było...
Co się działo w Toruniu to wyobrazić sobie może tylko ten, kto już raz był. Z racji, że relacji pozjazdowych pojawiło się już wiele, to gorszy nie będę. Dla tych, którym nie chce się czytać, lub nie chcą żałować - skrócę w jednym zdaniu. Żałujcie, że Was nie było.
Sam zjazdowanie rozpocząłem dopiero w sobotę o 5:15, kiedy to pobudka mnie dobudziła. Miałem wstać o 5, ale nie przeszkodziło mi to w tym, żeby zdążyć na pociąg, który wyruszał o 6:30. Podróż do Warszawy odbyła się bezproblemowo, o 8:30 byłem w stolicy na Gdańskiej, chwile później na Młynowie, gdzie pomimo zapewnień MAPa i Kakulskiego, miałem nie spotkać kanara. Spotkałem. W sumie, to tylko ja go, on mnie już nie. Deszcz padał niewiarygodny, a kiedy wyjeżdżałem, było dosyć pogodnie. Nie zmokłem specjalnie, bo były drzewa, koło 9-tej siedziałem już u MAPa w samochodzie. Przed tym zostałem zapytany przez kogoś prawdopodobnie ze wschodu o ulicę Syreny (jest taka ulica w Warszawie?). W każdym razie, około 9-tej wyjeżdżaliśmy już z Warszawy.
Po drodze padało. A nawet więcej, lało. Ludzie jeździli jak ćmy. 2 razy wjechali przed nas (omal powodując kolizję), 4 razy strąbieni zostali kierowcy jadący 90-tką na lewym pasie A2 i A1. Nie wiem, kto tym ludziom dał prawo jazdy, MAP też nie wie. Poruszyliśmy sporo tematów, w tym również w dużym skrócie historię Arcyksięstwa Learven, Unii Trzech Narodów i I Federacji Nordackiej. W międzyczasie odwiedziliśmy również Złote Łuki i spożyliśmy drugie śniadanie. Na miejscu byliśmy już o 11:30. Nadal żałuję, że nie było mnie już w piątek, ale przyjazd w sobotę, samochodem z MAPem był i logistycznie i komfortowo 100 razy lepszym rozwiązaniem. Z trzech osób jadących samochodem zrobiły się dwie, bo Kakulski nie mógł się ze względów zdrowotnych pojawić. A szkoda, chciałbym z nim porozmawiać o jego kandydaturze na Księcia Sarmacji!
W Tramp Campie na miejscu spotkaliśmy niemal wszystkich - brakowało tylko Michasia Elżbiery, czy jak to ja wolę Wandera, chociaż sam nazywa się teraz Alphonsem Courvichonem, oraz braci Gryfów. No i ktoś jeszcze był nieobecny, ale tylko przez chwilę i teraz już nie jestem w stanie stwierdzić, kto. W każdym razie powitanie było ciepłe i serdeczne. Przywitałem się ze wszystkimi tak, jakbyśmy się już znali. W sumie, z większością znaliśmy się. Nie wykazałem się królewskim savoir vivre. Trochę czekałem, aż się dowiem, że Hewret to Hewret. Nie musiałem natomiast czekać na JKM Rafała Jana, króla Lumerii. On przedstawił się sam. A wtedy ja nie miałem wyjścia :) Piwskiego ciężko było nie rozpoznać.
O ile zazwyczaj pamięć mam doskonałą, tak teraz nie potrafię sobie przypomnieć, jaki był temat pierwszej rozmowy po Naszym przybyciu. Na pewno dosyć szybko otrzymaliśmy leockie gadżety - piękną szklankę z grawerowanym(?) wyżłobionym(?) nie wiem jak to nazwać, herbem Leocji, a także magnes z Matką Prokrastynacją. Nie ukrywam, miała mnie w swojej opiece szczególnie w trakcie powrotu. No i nie mniej ważna, bardzo praktyczna torba sieci sklepów Lewek. Myślę, że za rok Winkulia też musi coś przywieźć. (od niedzieli chodzą mi po głowie siyahijskie dywany) A już na pewno nie być reprezentowana tylko przez jedną osobę. Zaplanujcie sobie już czas na przełom lipca i sierpnia 2024. Choćby się miało palić i walić!
Przy stole zostałem poczęstowany "rudą". Jak ja się cieszę, że miałem leocką szklankę. W sumie, to cieszę się, że miałem, ale... Miałem w plecaku leocki kubek z zeszłorocznego zjazdu, więc nie było żadnego ryzyka. Za to bardzo się cieszę, że nie było czystej. Umarłbym. Na 100% kostka brukowa byłaby pomalowana. A tak, to nie było żadnego ryzyka.
W międzyczasie również Trotylka (jedyna osoba spoza mikroświata) pojawiła się na zjeździe. Razem z Orjonem utworzyliśmy delegację powitalną i czekaliśmy na dworcu. Chwilę później udało nam się powitać i zabrać na miejsce zjazdu koleżankę. Wszystkich zaskakuje, że jest wegetarianką i nie pija alkoholu. Ale gra w planszówki, a to najważniejsze. Na resztę można przymknąć oko. Po intensywnej kampanii zachęcającej leocko-osieckiej rozpoczęliśmy sesję planszówkową. Najpierw graliśmy z Orjonem w grę dedukcyjną autorstwa koleżanki, a potem... Poszliśmy do jadłodajni Planeta Lewobrzeże. Podobno miało być więcej do jedzenia, ale ostatecznie - były tylko kebaby. Kebab - jak pożądana kobieta - dobra w środku, ale okropna na zewnątrz. Ta bułka w kebabie była tak fatalna, że nigdy więcej nie biorę kebaba nie w tortilli. W trakcie było wiele różnych rozmów, wśród nich rozmowy nt. czcionek, a także przedstawienie się oraz celów Kompanii Południowoawarskiej (o tym w przyszłości). Po powrocie zagraliśmy z Oberhauptem (oraz z koleżanką spoza mikroświata) w piękną grę Elekt. Bardzo się cieszę, że w obie gry udało mi się wygrać. Jednak 2-letnie doświadczenie w graniu w planszówki swoje robi.