Dziś o godzinie 12:05 do historii przeszedł IV Zjazd Palatynatu Leocji, który odbył się w Jedlni-Letnisku pod Radomiem.
Relację niniejszą wypada zacząć od początku, czyli od piątku.
Pierwotne plany zakładały początek wyprawy o 9:38 (z Rawicza), a potem przesiadki w Poznaniu, Kutnie i Dęblinie. Problem w tym, że w Poznaniu miałbym
5 minut przesiadki. Zmieniłem więc plany, rozpoczynając co prawda o tej samej godzinie, ale dając sobie nieco więcej czasu w Poznaniu (11:36 Mewą do Warszawy). Plan udał się z nadmiarem, bo dzięki Narodowemu Przewoźnikowi na starcie byliśmy (w Poznaniu dosiadł się Heinz) w plecy
już 32 minuty, a do Warszawy dotarliśmy z 45-minutowym opóźnieniem. W Warszawie mieliśmy w teorii
16 minut na przesiadkę. Łatwo więc się domyślić, że przesiadka przepadła; na szczęście bilet nie był ograniczony do jednego pociągu, dzięki czemu po prostu pojechaliśmy kolejnym. Po małym stresie związanym z prawie zerowym czasem na przesiadkę w Radomiu (RE80 raczył się opóźnić 5 minut, czyli tyle, ile mieliśmy na przesiadkę) dotarliśmy do Jedlni o 17:03, czyli
37 minut w plecy w stosunku do planu. I tak nie najgorzej, chociaż nie dziwię się Heinzowi, że już w tak daleką trasę nie chce jechać.

Po tym zdecydowanie zbyt przydługim wstępie związanym z naszą podróżą przystąpiliśmy do akcji. Na stacji w Jedlni oczekiwali na nas już Franklin, Helwetyk, Alfred, Avril i Prokrustes. Po krótkiej rozmowie rozdzieliliśmy się: ja, Prokrustes i Heinz poszliśmy do Lewiatana coś kupić (nieznającym topografii terenu dam tę mapkę, która powinna wyjaśnić, czemu zdecydowaliśmy się na zakupy akurat teraz) i pojechaliśmy do ośrodka się zameldować i nieco odpocząć, zaś reszta poszła na tzw. wyżerkę.
Pod wieczór, gdy większość zjazdowiczów przybyła już na miejsce, udaliśmy się pod wiatę, gdzie powoli rozpoczynała się właściwa część zjazdu. Co można było tam usłyszeć? Bardzo wiele rzeczy, ale zanim usiedliśmy do rozmów "głównych", które, jak na każdym zjeździe, szybko podzieliły się na wiele wątków pobocznych i wszystkiego nie da się ogarniać "na bieżąco" (stąd i niczego nie notowałem, choć obawiam się, że zdecydowanie powinienem, bo inaczej nie przytoczę z pamięci wielu rzeczy), przedstawicielka Gwardii Palatynatu Leocji wykonała fotografię, która już niebawem powinna być leitmotivem zjazdowego znaczka. Jak co roku nie mogło zabraknąć zjazdowych fantów (w tym roku kufel(?) i kolejna edycja zjazdowej torby, fotkę postaram się dodać później, chyba że ktoś mnie uprzedzi), a delegacja wandejska, co mnie bardzo wzruszyło, ufundowała specjalną... pieczątkę! Naprawdę nie trzeba było!!!

Wracając do wątków, które pamiętam:
- Namiestnik Garamond wygłosił wykład na temat "Czemu kabanosy Tarczyński to gówno i nie powinniśmy ich jeść",
- Avril wygłosił zdanie przeciwne pt. "ALE ONE SĄ PYSZNE!!!",
- Delegacja wandejska zaczęła skandować znaną żużlową przyśpiewkę "Unia Leszno to nie jest polski klub" (macie OPR, że nie poinformowaliscie, że jedziecie na mecz do Bydgoszczy, przyjechałbym!),
- Zjazd wygłosił więcej niż jedną owację na cześć mnie. Dziękuję, bardzo mi miło, ale nie trzeba było aż tyle razy!!!,
- JCW Franciszek Józef II wygłosił doskonałą przeróbkę ostatniego komunikatu wojennego Polskiego Radia odnoszącą się, rzecz jasna, do Austro-Węgier,
- Rozwiązywaliśmy problem związany z brakiem możliwości dodania przeze mnie fotki na Kustosza (chodzi o ten post). Fotka trafiła na serwery Kustosza dzięki Namiestnikowi Romańskiemu,
- Debata pt. "Jak człowiek nieznający niemieckiego zrobił lepszą mikronację a'la niemiecki niż Austro-Węgry",
- Odbyła się debata pt. "Co dalej z Leocją?" (choć mogła być w sobotę, nie pamiętam),
- Leszek Karakachanow prawie przeskakiwał przez płot, bo furtka była zamknięta (był najpóźniej, bo ok. 22:10), ale dzięki naszej interwencji w ostatniej chwili otwarto bramę i nie trzeba było dokonywać aż takiego wysiłku fizycznego,
- Namiestnicy i Gwardia audytowali otrzymaną przeze mnie pieczątkę i jak rzadko kiedy, cytując Namiestnika Romańskiego, "chcieliby się przyjebać, ale nie ma do czego",
- Odbyło się wiele wymian zdań między GPL a mandragorem Pupką. "Towarzyszu Pupko, przestańcie pierdolić!". "Towarzyszko, czuję się jak na posiedzeniu Komitetu Centralnego".
Odnotujmy, że tego dnia najszybciej padł... przedstawiciel Monarchii Austro-Węgierskiej. Komunikat raczej nie pomógł. ;P
Po ewakuacji do bardziej klimatyzowanych pomieszczeń wraz z częścią delegacji wandejskiej (towarzysz Pupka, co miało się zresztą powtórzyć, przedwcześnie padł i trzeba było organizować eskortę), GPL, Namiestnikiem Garamondem i kimś chyba jeszcze (nie mam pewnosci) około 1:00 odbywała się dalsza część debat. Poszedłem spać o 2:45; z tego co słyszałem debaty zakończyły się około 3:00, więc wiele nie straciłem.
Sobotnie obrady charakteryzowały się eskapadą prowadzoną od mniej więcej 11:00 przez Mikronacyjne Towarzystwo Turystyki Krajobrazowej, które zwiedziło pamiątkowe mogiły mieszkańców Jedlni pomordowanych w czasie II wojny światowej, miejscowy zalew oraz (z zewnątrz) budynek starego młyna, znajdujący się na terenie miejscowości Antoniówka. Potem poszliśmy do baru o nazwie Słoneczne Tarasy, gdzie spędziliśmy na konsumpcji prostych dań z gatunku fast-foodów i różnego rodzaju trunków (Piszący te słowa od początku do końca zjazdu był trzeźwy) około 2 godziny. W międzyczasie dołączył do nas Kurator Palatynatu Leocji, Oswald Baskerville.

(Materiał nie zawiera lokowania produktu).
W ośrodku w tym samym czasie trwała jakaś impreza z udziałem lokalnych kół gospodyń wiejskich (mylnie nazywana spotkaniem klubu kibica PKS Starość Dziadów, władze klubu nic o tej inicjatywie nie wiedziały), więc po powrocie, w moim przypadku mniej więcej około 17:00, prokrastynowaliśmy w pokoju 301, czekając, aż głośniki umieszczone na zewnątrz przestaną grać muzykę. Stało się to jakoś około 19:00. Nieco po 20:00 było natomiast ognisko. Podczas tej części zjazdu doszło m.in. do:
- zmiany selekcjonera reprezentacji Winkulii; przejąłem drużynę Winkulii, którą porzucił Alfred Fabian von Tehen-Dżek,
- odsłuchania wielu materiałów zgromadzonych w Muzeum Historii Mikroświata, wśród których był m.in. hymn Księstwa Hibijost. JKW Andrzej nie wiedział, że ten plik się zachował i w Muzeum leży od ponad 3 lat. Widać, kto zagląda do Muzeum :P,
- odśpiewania wielu jugosłowiańskich i nie tylko piosenek wojennych (to już raczej pod koniec),
- i wiele innych wspaniałych rzeczy których nie pamiętam.
Obrady z udziałem najwytrwalszych, czyli części delegacji wandejskiej, Gwardii Palatynatu Leocji, mnie i (o dziwo) Austro-Wegier przeciągnęły się do 2:48.
Dzień trzeci zjazdu, czyli niedziela, to już praktycznie końcowe rozmowy i rozstania. Najwcześniej, bo o 9:50, ośrodek opuścił Maciej II, który miał najdalej (pozdrawiamy!). Potem, z tego co kojarzę, w drogę wybrał się Piotr Jankowski (również dziękujemy!). Reszta uczestników w mniej lub bardziej zorganizowany sposób opuściła ośrodek około 12, przedtem robiąc pamiątkową zjazdową fotografię, a obecnie piszę te słowa z Pendolino do Poznania. Miejmy nadzieję, że o 19:38 dotrę do Rawicza, a z 20 minut potem do domu. :)
Dzięki!
Wnioski końcowe:
- To był nasz pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w Jedlni. Ośrodek sam w sobie jest okej, ale oddalenie od centrum miejscowości i stacji kolejowej jest dość niedogodne dla osób poruszających się na piechotę, a przybyłych pociągiem.
- Na Matkę Prokrastynację, ja bardzo się cieszę, że tak cenicie organizację zjazdu, ale liczba toastów i prezentów z tej okazji mogła spokojnie być mniejsza o połowę. ;)
- W przyszłym roku więc na pewno będzie nowa lokalizacja, być może jak wrócę do domu i będzie mi się chciało to zrobię wątek z lokalizacjami, które w ciągu ostatniego roku w wielu dyskusjach się przewijały i będzie można pomyśleć, co i jak.
- Pewnie są jakieś inne, ale na teraz nie kojarzę.