We dnie, wieczór i nad raaaanem!
Wszyscy murem za Bociaaaanem!
Wszystko idzie zgodnie z plaaaanem!
Wszyscy murem za Bociaaaanem!
La la la la! La la la la! La la la la! La la la!
Hej Leocjo, gdzie przyjaciel wasz skrzydlaty?
Przecież to jasne, że i tak dostaniecie baty!
We dnie, wieczór i nad raaaanem!
Wszyscy murem za Bociaaaanem!
Wszystko idzie zgodnie z plaaaanem!
Wszyscy murem za Bociaaaanem!
La la la la! La la la la! La la la la! La la la!
Hej Leocjo, gdzie przyjaciel wasz skrzydlaty?
Przecież to jasne, że i tak dostaniecie baty!
:D
W czwartkowe popołudnie Kurator Palatynatu Leocji krzątał się po swoim gabinecie. Zza drzwi dało się usłyszeć odgłosy krzątaniny. Po kilkunastu minutach huków, szurów i paru(dziesięciu) siarczystych przekleństwach drzwi gabinetu otworzyły się, a Kurator wypalił do swojej sekretarki:
- Pani Grażynko! Pani Grażynko! Gdzie są te cholerne papiery?!
- Ale... - zaskoczona Grażynka drżała niczym ogolony chomik wypuszczony na podwórko w styczniowy poranek. - W pana gabinecie są same papiery... Całe stosy... Zbiera Pan te teczki i ciągle mówi, że "nigdy nie wiadomo, kiedy się na kogoś coś przyda".
- Bo to prawda! I właśnie się taki trafił, na którego mi kwit potrzebny! Zresztą, na co kwit, jak się publicznie wpi... yyy, podłożył się. No ale racja, nie powiedziałem, jakie papiery. Wdech, wydech... Matko Prokrastynacjo wybacz mi raptowność i obdarz spokojem. Wdech, wydech... Spokój jest drogą... - Kurator wydawał się odzyskiwać rozsądek i opanowywać sytuację.
- W takim razie czy trzeba panu Kuratorowi w czymś pomóc?
- Oczywiście, kurwa! - dyplomatycznie wyjaśnił Kurator. - Szukam papieru firmowego, muszę donos na tego z Edelweissu napisać. I pieczęć kuratorską pani przyniesie. Nie będzie mi reprezentacji szkalował, obywatel honorowy z namiestniczej łaski!